piątek, 8 stycznia 2010

Tetropod, czyli głód sukcesu

Najstarsze zwierzę wyposażone w cztery łapy oraz palce zostało przydybane niedaleko Kielc. Tzn. przydybano ślady, a poszukiwania skamieniałego właściciela jeszcze trwają. Nazywał się tetrapod i żył 395 mln lat temu, czyli o 20 mln lat wcześniej niż dotąd sądzono. A teraz najważniejsze: odkrycia dokonali polscy naukowcy, którzy następnie opisali je w super prestiżowym piśmie „Nature”.

No to mamy sukces. Uczciwy, rzetelny, niekwestionowany. U progu nowego roku nic robi lepiej na posiniaczone narodowe ego niż sukces właśnie. Zapotrzebowanie nań istniało i istnieć będzie w społeczeństwie zawsze. Najlepszą terapią jest sukces sportowy. Mocno to było odczuwalne w latach 50. i 60., gdy lekkoatleci skakali wyżej i biegali szybciej od rywali, piłkarze wygrali z drużyną ZSRR, a bokserzy Feliksa Stamma tłukli wszystkich jak leciało. To działało jak łyk świeżego powietrza, wpuszczony w komuchowaty, stalinowsko-gomułkowski zaduch. Sukcesy lat 70. to jeszcze siła rozpędu oraz medale piłkarzy Górskiego i siatkarzy Wagnera. Następna dekada to już puste półki w sklepach i równie puste półki na medale. To znaczy sukcesy były, ale w dyscyplinach raczej niszowych. Polacy chyba trochę z obowiązku cieszyli się z sukcesów himalaistów i pilotów samolotowych, tylko że akurat w tych konkurencjach tłumne kibicowanie do łatwych zajęć nie należy. Spragnione sukcesów społeczeństwo wypatrywało ich nawet na Konkursie Chopinowskim. I znowu nic...

Czasy się zmieniły, wyrosło nowe pokolenie, a polski głód światowego sukcesu pozostał. Czy to źle? Wprost przeciwnie. Chyba na długo zakorzenił się w nas nawyk doceniania każdego osiągnięcia, nieważne czy w skokach na nartach, astronomii, noszeniu betonowych walizek na czas, tropieniu prastarych czworonogów albo rozmazywaniu przeciwnika na podłodze ringu. Sukces jest sukces, nawet jeśli 99 proc. świata go nie zauważy. W końcu chodzi o leczenie naszego polskiego ego, a nie świata.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz