sobota, 30 stycznia 2010

Zasiadanie z ramienia

To już czterdzieści lat minęło od chwili, gdy ludzie, a dokładniej Amerykanie, po raz pierwszy wylądowali na Księżycu. Potem lądowali tam jeszcze pięciokrotnie, aż im się znudziło i stwierdzili, że kolejne wyprawy więcej korzyści nie przyniosą. Teraz wybierają się na Marsa.

Państwo Orzoł z ulicy Łabędziej w Olsztynie od prawie tygodnia nie mają wody, bo zamarzło przyłącze, czyli rura, która doprowadza wodę do budynku. Rurami w Olsztynie zarządza Przedsiębiorstwo Wodociągów i Kanalizacji. Konkretną rurą na Łabędziej akurat nie, bo w majestacie przepisów przyłącze należy do właściciela budynku. Kiedy więc pan Orzoł zwrócił się do PWiK o pomoc, usłyszał, żeby sobie poczekał do wiosny, to samo mu odmarznie. Ponadto przy przebudowie ulicy przyłącze znalazło się za płytko. Gdy fachowcy od ulic i rur schrzanią swoją robotę, winny jest właściciel budynku, przecież to on ma się znać na rurach i ulicach. Chyba logiczne, prawda?

Schemat organizacyjny gminnej spółki od rur, to imponująca gęstwina działów, zespołów i stanowisk, zwieńczona dwoma dyrektorami i prezesem. Nie wiem z czyjego ramienia prezes zasiada na czele i nawet boję się dociekać, ale rzut oka na zamieszczony w internecie dokument dot. m.in. polityki jakości i zarządzania środowiskowego pomaga zrozumieć, jakiej rangi cele realizuje PWiK. I nie ma tu miejsca na takie duperele jak fakt, że ktoś w mieście nie ma wody. Trzeba myśleć szeroko, to wtedy i łatwiej zrozumieć, dlaczego w XXI w., w dużym kraju w środku Europy gdy spadnie śnieg, to kilkadziesiąt tysięcy ludzi tygodniami nie ma prądu. Prezesi spółek od słupów i drutów też nie mają czasu na duperele, bo zasiadają z ramienia i patrzą na rzeczywistość szerzej niż awanturujący się nieszczęśnicy bez prądu.

Wcześniej ludzie dolecą na Marsa czy PWiK w Olsztynie rozwikła problem zamarzającej rury na Łabędziej? Ten wyścig technologiczny byłby pasjonujący, gdyby nie wiosna. Kiedyś przyjdzie i wtedy samo odmarznie.

czwartek, 28 stycznia 2010

Mniej więcej nas coraz

Statystyki są bezwzględne i raczej nie kłamią — Elbląg się kurczy, a Olsztyn wprost przeciwnie, rozrasta. Owe statystyki podają, że w ciągu dziesięciu lat w Elblągu ubyło 1720 mieszkańców, a w tym samym czasie przybyło 5011 olsztynian. Dokąd ubyli i skąd przybyli? To niezgłębione tajemnice nauki zwanej demografią. Z kolei w tzw. lokalnej przestrzeni publicznej ukazał się list otwarty Janusza Kijowskiego, w którym protestuje przeciwko redukcji miejskich (olsztyńskich) wydatków na kulturę, przez co — zdaniem dyrektora teatru — stolica regionu wkrótce zamieni się w step. Kijowski powołuje się na socjologiczne badania nastrojów obu miast. Cytuję: W Olsztynie zastój, smuta, brak perspektyw, nuda i wygwizdów. W Elblągu: rozbudzone nadzieje, entuzjazm i optymizm.

Zatem na wygwizdowie prokreacja postępuje, a w mieście rozbudzonych entuzjastów — odwrotnie. Szybki wniosek: albo kultura, albo przyrost naturalny. Znowu trudny wybór...

czwartek, 14 stycznia 2010

Haiti poza wyobraźnią

Każdy chyba zna to uczucie wściekłości i bezsilności, kiedy z kranu przestanie płynąć woda. Kiedy do tego zabraknie prądu, to już właściwie koniec świata, bo wszystko, co służy do wykonywania setek codziennych czynności, przestaje działać.


Mieszkańcy Haiti nie mają wody, prądu, gazu, internetu, nie mają nawet domów. Próbuję sobie wyobrazić co może czuć ktoś, kto w jednej chwili stracił bliskich i znalazł się na ulicy pozbawiony wszystkiego, co posiadał. Na ulicy, przy której wczoraj się mieszkało, teraz zalegają gruzy i ciała zabitych.

Próbuję, ale wyobraźnia tego nie ogarnia, statystyki śmierci stają się przerażającą abstrakcją. 
Tragedia oglądana w telewizji z wygodnego fotela wydaje się nieco nierzeczywista. Jednak to wszystko dzieje się naprawdę. I ci ludzie żyjący na końcu świata są prawdziwi tak samo, jak nasz sąsiad z dołu. I my możemy im naprawdę pomóc. Prawie bez wysiłku. Wystarczy tylko chcieć.

piątek, 8 stycznia 2010

Tetropod, czyli głód sukcesu

Najstarsze zwierzę wyposażone w cztery łapy oraz palce zostało przydybane niedaleko Kielc. Tzn. przydybano ślady, a poszukiwania skamieniałego właściciela jeszcze trwają. Nazywał się tetrapod i żył 395 mln lat temu, czyli o 20 mln lat wcześniej niż dotąd sądzono. A teraz najważniejsze: odkrycia dokonali polscy naukowcy, którzy następnie opisali je w super prestiżowym piśmie „Nature”.

No to mamy sukces. Uczciwy, rzetelny, niekwestionowany. U progu nowego roku nic robi lepiej na posiniaczone narodowe ego niż sukces właśnie. Zapotrzebowanie nań istniało i istnieć będzie w społeczeństwie zawsze. Najlepszą terapią jest sukces sportowy. Mocno to było odczuwalne w latach 50. i 60., gdy lekkoatleci skakali wyżej i biegali szybciej od rywali, piłkarze wygrali z drużyną ZSRR, a bokserzy Feliksa Stamma tłukli wszystkich jak leciało. To działało jak łyk świeżego powietrza, wpuszczony w komuchowaty, stalinowsko-gomułkowski zaduch. Sukcesy lat 70. to jeszcze siła rozpędu oraz medale piłkarzy Górskiego i siatkarzy Wagnera. Następna dekada to już puste półki w sklepach i równie puste półki na medale. To znaczy sukcesy były, ale w dyscyplinach raczej niszowych. Polacy chyba trochę z obowiązku cieszyli się z sukcesów himalaistów i pilotów samolotowych, tylko że akurat w tych konkurencjach tłumne kibicowanie do łatwych zajęć nie należy. Spragnione sukcesów społeczeństwo wypatrywało ich nawet na Konkursie Chopinowskim. I znowu nic...

Czasy się zmieniły, wyrosło nowe pokolenie, a polski głód światowego sukcesu pozostał. Czy to źle? Wprost przeciwnie. Chyba na długo zakorzenił się w nas nawyk doceniania każdego osiągnięcia, nieważne czy w skokach na nartach, astronomii, noszeniu betonowych walizek na czas, tropieniu prastarych czworonogów albo rozmazywaniu przeciwnika na podłodze ringu. Sukces jest sukces, nawet jeśli 99 proc. świata go nie zauważy. W końcu chodzi o leczenie naszego polskiego ego, a nie świata.