czwartek, 4 lutego 2010

Tańczący przed komisjami

We wskaźnikach oglądalności, w kategorii komisja śledcza, rekordy popularności bije komisja hazardowa. W roli trzęsienia błysnął były szef CBA Mariusz Kamiński, a potem napięcie zaczęło rosnąć. Były szef klubu PO Zbigniew Chlebowski zachwycił fachowców nienagannym makijażem i profesjonalnie przygotowaną gestykulacją. Kolejny były, Mirosław Drzewiecki (dla znajomych „Miro”), wyjawił z kolei, czego dotyczyły rozmowy z Ryszardem „Rychem” Sobiesiakiem. Otóż tematem ich rozmów była troska o stan budżetu państwa, a nie to ile można wyciągnąć z jednorękich bandytów. W czwartek przed śledczymi i kamerami usiadł premier Tusk. Na tę okazję wiodące stacje TV zmobilizowały zastępy specjalistów od semantyki, mody, wizażu i mowy ciała. Ci ostatni analizują gesty prawej i lewej ręki premiera oddzielnie. TVN podobno rozważa stworzenie jury, które jak w „Tańcu z gwiazdami” wybierze najefektowniej zeznającego przed komisją. Dochodzą słuchy o sporach, które dotyczą prowadzącego show, posła Mirosława Sekułę. Zarzuca mu się, że w jego stylu i dowcipach widać inspirację Karolem Strasburgerem z „Familiady” w TVP, a to przecież konkurencyjna telewizja.

***

Do „Tańca z gwiazdami”, ale tego oryginalnego, wybiera się posłanka Joanna Senyszyn. Według niepotwierdzonych jeszcze doniesień, Senyszyn ma pełnić rolę współczesnego symbolu seksu. Badacze rynku mediów zastanawiają się, czy nie to nie zamach na sektor pism i portali zajmujących się plotkami i celebrytami. Branża nadal hołduje tradycyjnym symbolom seksu i nie jest przygotowana na takie wstrząsy. Zwłaszcza, że o swoje prawa mogą upomnieć się inne opcje polityczne. Podobno aspiracje do miana wirujących symboli mają także Waldemar Pawlak, Przemysław Gosiewski oraz Stefan Niesiołowski.

Na razie nie wiadomo, czy podobne aspiracje zgłasza Pałac Prezydencki, ale rok jest wyborczy, XXI wiek ma należeć do mediów, więc wszystko jest możliwe.

sobota, 30 stycznia 2010

Zasiadanie z ramienia

To już czterdzieści lat minęło od chwili, gdy ludzie, a dokładniej Amerykanie, po raz pierwszy wylądowali na Księżycu. Potem lądowali tam jeszcze pięciokrotnie, aż im się znudziło i stwierdzili, że kolejne wyprawy więcej korzyści nie przyniosą. Teraz wybierają się na Marsa.

Państwo Orzoł z ulicy Łabędziej w Olsztynie od prawie tygodnia nie mają wody, bo zamarzło przyłącze, czyli rura, która doprowadza wodę do budynku. Rurami w Olsztynie zarządza Przedsiębiorstwo Wodociągów i Kanalizacji. Konkretną rurą na Łabędziej akurat nie, bo w majestacie przepisów przyłącze należy do właściciela budynku. Kiedy więc pan Orzoł zwrócił się do PWiK o pomoc, usłyszał, żeby sobie poczekał do wiosny, to samo mu odmarznie. Ponadto przy przebudowie ulicy przyłącze znalazło się za płytko. Gdy fachowcy od ulic i rur schrzanią swoją robotę, winny jest właściciel budynku, przecież to on ma się znać na rurach i ulicach. Chyba logiczne, prawda?

Schemat organizacyjny gminnej spółki od rur, to imponująca gęstwina działów, zespołów i stanowisk, zwieńczona dwoma dyrektorami i prezesem. Nie wiem z czyjego ramienia prezes zasiada na czele i nawet boję się dociekać, ale rzut oka na zamieszczony w internecie dokument dot. m.in. polityki jakości i zarządzania środowiskowego pomaga zrozumieć, jakiej rangi cele realizuje PWiK. I nie ma tu miejsca na takie duperele jak fakt, że ktoś w mieście nie ma wody. Trzeba myśleć szeroko, to wtedy i łatwiej zrozumieć, dlaczego w XXI w., w dużym kraju w środku Europy gdy spadnie śnieg, to kilkadziesiąt tysięcy ludzi tygodniami nie ma prądu. Prezesi spółek od słupów i drutów też nie mają czasu na duperele, bo zasiadają z ramienia i patrzą na rzeczywistość szerzej niż awanturujący się nieszczęśnicy bez prądu.

Wcześniej ludzie dolecą na Marsa czy PWiK w Olsztynie rozwikła problem zamarzającej rury na Łabędziej? Ten wyścig technologiczny byłby pasjonujący, gdyby nie wiosna. Kiedyś przyjdzie i wtedy samo odmarznie.

czwartek, 28 stycznia 2010

Mniej więcej nas coraz

Statystyki są bezwzględne i raczej nie kłamią — Elbląg się kurczy, a Olsztyn wprost przeciwnie, rozrasta. Owe statystyki podają, że w ciągu dziesięciu lat w Elblągu ubyło 1720 mieszkańców, a w tym samym czasie przybyło 5011 olsztynian. Dokąd ubyli i skąd przybyli? To niezgłębione tajemnice nauki zwanej demografią. Z kolei w tzw. lokalnej przestrzeni publicznej ukazał się list otwarty Janusza Kijowskiego, w którym protestuje przeciwko redukcji miejskich (olsztyńskich) wydatków na kulturę, przez co — zdaniem dyrektora teatru — stolica regionu wkrótce zamieni się w step. Kijowski powołuje się na socjologiczne badania nastrojów obu miast. Cytuję: W Olsztynie zastój, smuta, brak perspektyw, nuda i wygwizdów. W Elblągu: rozbudzone nadzieje, entuzjazm i optymizm.

Zatem na wygwizdowie prokreacja postępuje, a w mieście rozbudzonych entuzjastów — odwrotnie. Szybki wniosek: albo kultura, albo przyrost naturalny. Znowu trudny wybór...

czwartek, 14 stycznia 2010

Haiti poza wyobraźnią

Każdy chyba zna to uczucie wściekłości i bezsilności, kiedy z kranu przestanie płynąć woda. Kiedy do tego zabraknie prądu, to już właściwie koniec świata, bo wszystko, co służy do wykonywania setek codziennych czynności, przestaje działać.


Mieszkańcy Haiti nie mają wody, prądu, gazu, internetu, nie mają nawet domów. Próbuję sobie wyobrazić co może czuć ktoś, kto w jednej chwili stracił bliskich i znalazł się na ulicy pozbawiony wszystkiego, co posiadał. Na ulicy, przy której wczoraj się mieszkało, teraz zalegają gruzy i ciała zabitych.

Próbuję, ale wyobraźnia tego nie ogarnia, statystyki śmierci stają się przerażającą abstrakcją. 
Tragedia oglądana w telewizji z wygodnego fotela wydaje się nieco nierzeczywista. Jednak to wszystko dzieje się naprawdę. I ci ludzie żyjący na końcu świata są prawdziwi tak samo, jak nasz sąsiad z dołu. I my możemy im naprawdę pomóc. Prawie bez wysiłku. Wystarczy tylko chcieć.

piątek, 8 stycznia 2010

Tetropod, czyli głód sukcesu

Najstarsze zwierzę wyposażone w cztery łapy oraz palce zostało przydybane niedaleko Kielc. Tzn. przydybano ślady, a poszukiwania skamieniałego właściciela jeszcze trwają. Nazywał się tetrapod i żył 395 mln lat temu, czyli o 20 mln lat wcześniej niż dotąd sądzono. A teraz najważniejsze: odkrycia dokonali polscy naukowcy, którzy następnie opisali je w super prestiżowym piśmie „Nature”.

No to mamy sukces. Uczciwy, rzetelny, niekwestionowany. U progu nowego roku nic robi lepiej na posiniaczone narodowe ego niż sukces właśnie. Zapotrzebowanie nań istniało i istnieć będzie w społeczeństwie zawsze. Najlepszą terapią jest sukces sportowy. Mocno to było odczuwalne w latach 50. i 60., gdy lekkoatleci skakali wyżej i biegali szybciej od rywali, piłkarze wygrali z drużyną ZSRR, a bokserzy Feliksa Stamma tłukli wszystkich jak leciało. To działało jak łyk świeżego powietrza, wpuszczony w komuchowaty, stalinowsko-gomułkowski zaduch. Sukcesy lat 70. to jeszcze siła rozpędu oraz medale piłkarzy Górskiego i siatkarzy Wagnera. Następna dekada to już puste półki w sklepach i równie puste półki na medale. To znaczy sukcesy były, ale w dyscyplinach raczej niszowych. Polacy chyba trochę z obowiązku cieszyli się z sukcesów himalaistów i pilotów samolotowych, tylko że akurat w tych konkurencjach tłumne kibicowanie do łatwych zajęć nie należy. Spragnione sukcesów społeczeństwo wypatrywało ich nawet na Konkursie Chopinowskim. I znowu nic...

Czasy się zmieniły, wyrosło nowe pokolenie, a polski głód światowego sukcesu pozostał. Czy to źle? Wprost przeciwnie. Chyba na długo zakorzenił się w nas nawyk doceniania każdego osiągnięcia, nieważne czy w skokach na nartach, astronomii, noszeniu betonowych walizek na czas, tropieniu prastarych czworonogów albo rozmazywaniu przeciwnika na podłodze ringu. Sukces jest sukces, nawet jeśli 99 proc. świata go nie zauważy. W końcu chodzi o leczenie naszego polskiego ego, a nie świata.

wtorek, 22 grudnia 2009

Ile wydaliśmy na święta?

Mamy znów święta, czyli choinka, prezenty, uginające się stoły i po prostu parę dni wolnego. Oczywiście, pozostaje także i bardziej duchowy wymiar świąt, czyli telewizja. A w niej długo oczekiwane powtórki najlepszych powtórek z minionych świąt oraz specjalne wydania programów, w których tzw. celebryci tańczą i śpiewają na lodzie w parach z innymi celebrytami.

Święta mają bardzo konkretny wymiar ekonomiczny. Otóż w tym roku Polacy wydali na święta 23 miliardy złotych. Dużo? W przeliczeniu na jedną rodzinę daje nam to 1,5 tys. zł. Zdaniem specjalistów od ekonomii i finansów to tylko o 1, 6 proc. więcej niż rok temu. A powinno być więcej, bo nie po to sieci wielkopowierzchniowych marketów urządzają nam święta Bożego Narodzenia zaraz po 1 listopada, żeby im tak marnie przyrastało. Są kraje, gdzie świąteczne promocje zaczynają się we wrześniu, ale w Polsce podobno barierą jest święto zmarłych. Jednak handel nie znosi próżni, a kalendarz jest długi i ma też drugą część, dotąd uważaną za poświąteczną. Zwłaszcza że znany z zamiłowania do tradycji prezydent Łodzi, Jerzy Kropiwnicki, postuluje właśnie przywrócenie świętu Trzech Króli należnej rangi. Od 6 stycznia do walentynek nie tak daleko, a potem zanim się obejrzymy, mamy Wielkanoc. I, przy pewnej przychylności kalendarza, mamy prawie pół roku czasu świątecznego z kolorowymi lampkami, dzwoneczkami i santaklausem z flaszek coca-coli.

Ze wspomnianej wcześniej kwoty aż 700 zł przypada na prezenty. I na tym koniec dobrych wiadomości. Według badań opinii publicznej, najgorszą opinię wśród prezentów mają majtki i skarpetki. Dla odmiany najbardziej cieszymy się z elektroniki, wycieczek zagranicznych oraz pobytu w SPA. Ja wiem, że to trochę spóźnione wiadomości, ale może dobrze wiedzieć, dlaczego ktoś bliski ma taką minę po otwarciu paczki majtek z promocji. Wszystkim, sobie też, życzę, by te święta były radosne z powodów, których nie kupimy w żadnym markecie, ani nie zobaczymy w telewizji.

piątek, 18 grudnia 2009

Kraina szczęśliwości

Czy gdzieś na świecie istnieje kraina szczęśliwości, gdzie nie ma kłótni w parlamencie, nie ma podziału na biednych i bogatych, bo wszyscy mają po równo? Jest. Nazywa się Korea Północna. Z bliższych przykładów mamy Białoruś, ale ona nie spełnia wszystkich wymogów, bo tam niektórzy mogą czasem wyjechać za granicę, a poza tym są prywatne samochody. Dwadzieścia lat temu w Polsce było podobnie jak dziś na Białorusi.

A potem przyszedł Leszek Balcerowicz, biedni pozostali biednymi, a ci, którzy umieli się wzbogacić, zostali bogaci. No i jeszcze politycy się ciągle o coś kłócą, chociaż podobno niezgoda rujnuje. Mnie się taki świat podoba, może dlatego nie do końca rozumiem związkowców. Palą opony, rzucają petardy i chcą żeby wszyscy mieli po równo. Kiedyś był Pewex i specjalne sklepy dla górników. Może teraz warto zrobić specjalne sklepy dla związkowców, takie z samym octem i musztardą na półkach? Żeby mieli po równo, na złość Balcerowiczowi.